Jeśli kiedyś zostanę alkoholikiem, to tylko pijąc whisky. A poza tym: Tori Tori Tori! Let's go boys again...
skomentuj (2)Nawet na to, że prawie miesiąc życia spędziłam w szpitalu patrzę z optymizmem. Mimo absolutnie skopanych planów wyjazdowych, zakończenia pracy o miesiąc za wcześnie, mimo tego, że teraz muszę dziesięć razy pomyśleć zanim coś zjem czy wypiję. No i właściwie nie powinnam chodzić więcej niż to konieczne, czyli: siedź w domu i się nie ruszaj. Zastanawiam się skąd wzięłam tą ekstremalnie absurdalną pogodę ducha. Uderzyłam się w głowę? A może kupiłam? Albo to jakieś upośledzenie, o którym nie wiem, bo przecież jestem chora... Dostałam morfinę, wyglądam jak narkomanka, a lekarz zalecił mi pić jasne, lekkie piwa. Absolutnie nie polskie! Cóż, mogło być gorzej, mogłabym dalej żyć na diecie wodno-herbacianej.
skomentuj (1)
Nadal rozdaję uśmiechy.
Ale może wreszcie coś dadzą. Może nie będę mieć marnej dwójki na świadectwie. No - nie mogę mieć, bo z dwóją bym wyleciała. Tak sobie myślę - a może stać mnie na więcej?
Tylko jak wiele tego "więcej" mogę przeżyć? Więcej matematyki i chemii w licealnej klasie pełnej Geniuszy? Więcej nudnych etiud, po których mam ochotę kogoś zabić, za to nie mam ochoty żeby grać dalej*? Więcej pracy, żeby móc więcej zarobić i kupić więcej? Więcej wiedzy żeby wiedzieć więcej? Więcej żeby więcej bo więcej?
Już dawno ktoś stwierdził, że jestem nadambitna. Zastanawiam się, czy da się to sklasyfikować jako chorobę; może dostałabym papierek o upośledzeniu umysłowym i nie musiałabym chodzić na, dajmy na to, biologię? Albo jako członek grupy inwalidzkiej miałabym darmowe bilety tramwajowe i dodatkowe godziny w dobie?
W sumie wystarczyłaby niewielka dawka elektrowstrząsów. Koledzy przestaliby się dziwić, że poprawiam oceny, chociaż w sumie to nie muszę i mi nie zależy. Ale to nie wypada. Ale ja tak nie potrafię. Jaka byłaby rozrywka, gdybym nie mogła dyskutować z panią B, że ocena wyżej mi się należy, bo jestem fajniejsza i inteligentniejsza niż kolega M - a poza tym to mi się należy, bo ja przecież kocham ten przedmiot. A nawet gdybym nie kochała - należy mi się, hej, przecież to JA!
*"Jak stracić miłość do muzyki" cz. I
i guess everybody has that problem.
Rozdaję uśmiechy. To nic nie kosztuje, a oni się cieszą. Nie zwinęłam dziś długopisu, chociaż zapisałam nim cenne notatki - Cambridge, Oxford, good teacher of Physics (muszę mu to powiedzieć, może jedynka w serduszku zmieni się na dwóję bez serduszka?), great atmosphere, undergraduate, uniforms are ok if they're nice - a zabrali mi kartkę. Nic nie dostałam. Poza uśmiechem.
Za dużo "nice". Za dużo "?". Za dużo "kind of" i "like".
Odkrywam w sobie nieistniejące dotąd pokłady absurdu, sprzeczności, paranoi, paradoksu, para-czegośtam. Parawanu? Paragonu? Paragwaju?
Za dużo Karłowicza. I jestem spóźniona. Bo problem to za mało czasu. I to, że nie dają ci notatek i oceniają twoją wiedzę na temat systemu edukacyjnego Wlk. Brytanii. Pfff.
Zasadniczo rzecz ma się tak, że brakuje mi powietrza.
Umysłowego. Może to kwestia tego, że właśnie zdałam sobie sprawę z mojej nadprzeciętnej inteligencji - zgubiłam Bardzo Ważny Plik Worda, który prawdopodobnie zawierał kupę dziadostwa, ale teraz czuję się, jakbym oddała mu pół duszy. Bardzo bolą słowa, które kiedyś były moje, a teraz znikły, przez nieuwagę i głupotę. Co gorsza, moją nieuwagę i głupotę.
Trudno nagle sobie przypomnieć o czymś, co chciałoby się kontynuować, a nie można, nie w takiej formie w jakiej było; po prostu czuję, że tak czy siak to już nie będzie ten sam tekst i te same uczucia, jakie w niego wpakowałam.
Albo władowałam na siłę. Upchałam. Z coraz większym sceptycyzmem podchodzę do tego całego tworzenia. Kupa bzdur, nie?
Czy można opisać chwilowy stan uczuć jako chromatyczny pochód sekst w koncercie wiolonczelowym?
To irracjonalne, kiedy czujesz się tak, że do wyartykułowania emocji chciałoby się użyć kilkunastu dźwięków, niezbyt zresztą szczególnych i nieukładających się w piękną melodię. To niezbyt szczególny dla zwykłego słuchacza, dość trudny fragment, który przyprawił mnie o złość i wiele łez.
W sumie wspaniale widzieć postęp tak naocznie. Z czegoś, co sprawiało trudność i było nieznośne zrobić kawałek, którym autentycznie można się cieszyć. Coś, czym można opisać uczucie dziwnego, nienormalnego szczęścia. Może to po prostu rodzaj homeostazy - stan równowagi.
Czasem warto się uczyć, żeby móc coś opisac takim ładnym słowem jak homeostaza. W związku z tym, że znam dużo fajnych słów, powrócę do protokooperacji z wiolonczelą.
Kurna, bo muzyka daje satysfakcję. Nigdy nie uważałam, że te osiem lat - mimo wszystko - ciężkiej pracy było zmarnowane. Wręcz przeciwnie.
Kocham śnieg.
Zwłaszcza w połowie listopada.
Pierwszego dnia jeszcze jest czysty i biały, a o 15 wydaje się, że jest wieczór, bo przykrył okna dachowe.
Aż by się chciało pojechać na narty.
Kocham zimę!